Oficerowie BOR ćwiczą nieustannie. Jednym z ważniejszych szkoleń jest nauka jazdy, "ale nie zwyczajnej, tylko takiej niemal po bandzie".

Jazda na "gazetę"

Jeden z oficerów BOR zwierzał mi się kiedyś, że zanim przyszedł do Biura, miał niesłychanie wysokie mniemanie o własnych umiejętnościach jako szofera. Ale dopiero praca w BOR uzmysłowiła mu, że tak naprawdę niewiele jeszcze umie. Opowiadał, że mają na przykład następujące treningi: z dużą prędkością jadą dwa auta. W przednim otwarta jest klapa bagażnika, a drugie auto musi podjechać tak blisko, by ochroniarz siedzący na prawym fotelu mógł ten bagażnik zatrzasnąć - opowiadał Majewskiemu były minister.

Najtrudniejszą technicznie kwestią jest nauczenie się jazdy w kolumnie - przy dużej prędkości i w autentycznym ruchu ulicznym. Najprościej mówiąc, rzecz polega na jeżdżeniu blisko siebie. Tak blisko, by żadne obce auto nie mogło się znaleźć wewnątrz kolumny. Do tego potrzebna jest odpowiednia technika jazdy, która polega na ciągłym osłanianiu przez samochody ochrony auta z VIP-em, tak by odgrodzić ten samochód od innych na drodze - dodaje instruktor Biura.

Były kierowca BOR precyzuje: To jeżdżenie, jak my nazywamy "na gazetę", czyli zderzak w zderzak, jest najtrudniejsze. Proszę pamiętać, że mówimy o poruszaniu się z prędkością na przykład 160 km/h. Tego uczy się na torze. Nie chodzi tylko o to, by jechać "na gazetę" na drodze prostej jak stół. Instruktor w pierwszym aucie zmienia kierunki, omija przeszkody, zwalnia, przyspiesza, a auta wciąż muszą pozostawać blisko siebie.

Przy tej okazji, Majewski przytacza w swojej książce historię, jaką opowiedział mu współpracownik jednego z wicepremierów.

Jechałem kiedyś z szefem na jakąś imprezę. On w pierwszym aucie z szoferem i adiutantem. Ja z jego żoną, szoferem i oficerem ochrony w drugim samochodzie. Jazda tym drugim samochodem to przeżycie ekstremalne. Chodzi bowiem o to, by być non stop na ogonie tej pierwszej limuzyny. Wyprzedzasz, gonisz, przepychasz się na drodze. Bywa, że w ostatniej chwili wpadasz na skrzyżowanie. Żona szefa wysiadła mi z tego samochodu blada jak kartka papieru i zapowiedziała, że wraca do domu taksówką.

Z Okęcia do Pałacu Prezydenckiego... w 4 minuty

Majewski przytacza jedną historię, która pokazuje, jak bardzo ekstremalna może być "przejażdżka" z borowcami. Do Polski miał przyjechać bardzo znany europejski polityk w zupełnie nowej i ważnej roli. Politykowi, jak i polskiemu prezydentowi, bardzo zależało na tym, by doszło do ich spotkania. Problemem jednak było to, że głowa polskiego państwa miała już zaplanowany wylot na ważną zagraniczną wizytę. Terminy praktycznie się nakładały. Jako że nie chciano zrezygnować z choćby kurtuazyjnego spotkania, sprawy w swoje ręce wziął BOR. Postanowiono ekspresowo przewieźć VIP-a z Okęcia do Pałacu Prezydenckiego.

Bez ryzyka można postawić tezę, że był to najszybszy przejazd w historii tej kilkunastokilometrowej trasy miejskiej - trwał 4 minuty. Policja drogowa została poproszona o zrobienie na tym odcinku "toru Formuły 1", i wykonała zadanie. VIP-a niemal wyciągnięto za klapy marynarki ze schodów samolotu wprost na kanapę limuzyny. Po dotarciu pod Pałac szofer BOR wyglądał, jakby wyszedł z sauny, pot dosłownie się z niego lał. W ciągu 5 minut wypalił cztery papierosy. Funkcjonariusze bali się najbardziej jednego; tego po prostu, że ów zagraniczny VIP straci przytomność, zwymiotuje im w aucie albo tuż po wyjściu z niego.

"Najazd na babę..."

W czasach PRL oficerowie BOR najchętniej trenowali technikę jazdy na płycie lotniska w Modlinie. Potem, jak pisze Majewski, szkolenia przeniosły się na zamknięte lotnisko w Szymanach. Dzisiaj kierowcy szkolą się w ośrodku pod Lublinem. Jednym z elementów szkolenia jest tzw. najazd na babę. Na czym polega?

Ma imitować nagłe zagrożenie na drodze, czyli sytuację, w której przed autem niespodziewanie znajdzie się przeszkoda. Przysłowiowa zagubiona staruszka, która wtargnęła na ulicę, dziecko goniące za piłką albo zwierzę. Oczywiście na drodze nie ustawimy starszej pani ani dziecka, lecz balot z gąbki. Bywa, że wrzuca się go pod nadjeżdżający samochód i instruktorzy patrzą, jak zachowa się szofer. W ćwiczeniu chodzi o to, by wyminąć przeszkodę i wrócić na swój tor jazdy. Jeśli kierowca nadjeżdża zbyt wolno, ćwiczenie jest do poprawki. Jeśli zaczyna manewr zbyt wcześnie, też musi powtarzać. Oczywiście ćwiczy się to również w kolumnach, a nie jedynie w przypadku pojedynczych aut. Na takich treningach funkcjonariusze jeżdżą bez kasków. Wypadki? Jakieś przycierki były, ale nie pamiętam, żeby nam koziołkował samochód - mówi instruktor BOR.

"Dachowało auto Tuska"

Michał Majewski w swojej książce opisuje także m.in. swoje "spotkanie na drodze" z kolumną BOR, gdy w czerwcu 2014 roku podróżował z Sylwestrem Latkowskim z Warszawy do Poznania.

Nagle minęła nas kolumna trzech aut - audi A6, mercedes klasy S i zamykające stawkę audi Q7. Od zaprzyjaźnionych borowców szybko dowiedzieliśmy się, że były to samochody z ochrony prezydenta Bronisława Komorowskiego. Auta pędziły szaleńczo. Tym razem bez bomb na dachach i wyjących syren. Tam, gdzie dozwolone jest 90 albo 110 km/h, kierowcy BOR-u gnali 190, a nawet 210 km/h. Na dodatek jechali agresywnie. Zmuszając inne samochody do zjeżdżania na bok, dwa audi ochrony osłaniały borowskiego mercedesa przed innymi pojazdami. Z wyjaśnień Biura, o które poprosiliśmy, wynikało, że w kolumnie nie było prezydenta, a borowcy jechali na pusto w teren, przygotować wizytę Komorowskiego, która miała się odbyć następnego dnia - czytamy.

Majewski pisze, że "ostra jazda jest akceptowana, a niekiedy wręcz oczekiwana przez VIP-ów". I przytacza historię, którą opowiedział mu w 2014 roku informator z otoczenia Donalda Tuska.

W Kancelarii chwalą się, że spod siedziby szefa rządu w Alejach Ujazdowskich pod drzwi mieszkania Tusków w Sopocie kolumna przejeżdża w trzy godziny. Ile trzeba pruć, żeby zrobić taki wynik? Na niektórych odcinkach na pewno około 200 km/h. Trzy lata temu dachowało bmw wracające od Tuska z Sopotu do Warszawy. Dlaczego? Zbyt szybka, brawurowa jazda.

"Jedź, ty mój Lewisie Hamiltonie"

Agresywny BOR na drodze? Szaleńcza jazda i pędzenie na złamanie karku? Jak pisze Majewski, najczęściej bierze się to z "fatalnej organizacji i nietrzymania się planu". Głos ma szofer BOR, który jeździł z jednym z wicepremierów:

Jesteśmy w Zielonej Górze. Spotkanie z mieszkańcami i samorządowcami. Godzina 12.30, impreza się dopiero rozkręca. A ja wiem, że o 14 musimy być w Poznaniu, bo tam jest spotkanie z jakąś zagraniczną delegacją. Adrenalina skacze, ręce trochę się pocą, bo wiadomo, co się będzie działo. Proszę adiutanta, żeby przypomniał VIP-owi o Poznaniu. VIP twierdzi, że nie może teraz odmówić szybkiej kawy z miejscowymi samorządowcami, bo to jego starzy znajomi. A potem wsiadł do auta i z uśmieszkiem na ustach zaordynował: "Jedź, ty mój Lewisie Hamiltonie!". Wyruszyliśmy z Zielonej o 13.15, a o 14.05 byliśmy w Poznaniu. Koszulę miałem mokrą, bo normalnie tę trasę pokonuje się półtorej godziny. Potem rozmawialiśmy o tym z asystentem wicepremiera, że to nie może tak wyglądać. Ale zrozumienia nie było. "Po to macie bomby (czyli tzw. "koguty" na dachu - dop. red.),  żeby na nich jeździć" - usłyszeliśmy.

Michał Majewski, Ochroniarze władzy. Za kulisami akcji BOR-u, wydawnictwo Czerwone i Czarne