MARTA NOWIK: Jak wygląda kręcenie programu telewizyjnego w zakładzie karnym?

RINKE ROOYENS: Długo trwały przygotowania i negocjacje ze Służbą Więzienną. To zrozumiałe, że przyjazd ekipy telewizyjnej na blisko miesiąc zaburza w pewien sposób normalny tryb pracy zakładu karnego. Więzienie o zaostrzonym rygorze, w którym zrealizowaliśmy drugi sezon „Rinke za kratami” to miejsce, w którym w szczególny sposób dba się o bezpieczeństwo. W zakładzie karnym przebywaliśmy blisko miesiąc, co umożliwiło nam poznanie historii wielu osadzonych i funkcjonariuszy i odbycie dziesiątek rozmów. To nie jest program kręcony na szybko, pomiędzy innymi produkcjami. Ta tematyka wymaga uwagi i dużego zaangażowania.

Czy w drugiej edycji udało się pokazać coś zupełnie nowego?

Tak. Druga edycja to nieco inny program. Jestem bogatszy o doświadczenia z Krzywańca i lepiej rozumiem więzienny świat. W Siedlcach pokazuję wagę pracy czy wolontariatu oraz terapii przez sztukę. Chciałem także uzmysłowić widzowi, jak ważna w procesie resocjalizacji jest rodzina. Przecież to rodziny osadzonych oglądają program i mogą zastanowić się nad rodzajem wsparcia, jakiego mogą udzielić bliskiemu za kratami. Dla osadzonych ważne są spotkania z rodziną, partnerką, dziećmi. Warto zobaczyć, jak wiele pracy włożyli oni w przedstawienie przygotowywane dla swoich dzieci i ile emocji to spotkanie z teatrem w tle wywołało po obu stronach. W drugiej odsłonie „Rinke za kratami” pojawiają się także osoby znane. Mieliśmy już spotkanie Mariusza Pudzianowskiego z osadzonymi. Pod koniec serii do osadzonych przyjedzie jeszcze jeden wyjątkowy gość.

Która historia najbardziej Pana poruszyła?

Każda historia jest dla mnie ważna. Na przykład uzdolniony artystycznie Rafał to wrażliwy i pogubiony ojciec. Od wielu lat nie widział się z córką z powodów finansowych, ale nieustannie przygotowuje dla niej własnoręcznie wykonane prezenty. Zdradzę już, że do spotkania dojdzie i będą to naprawdę wzruszające chwile.

Czy odnajduje Pan jakieś cechy wspólne pomiędzy bohaterami z pierwszego sezonu z Krzywańca i z Siedlec?

Niestety, znalazłem powtarzający się wątek w wielu historiach. Okazuje się, że wspólnym mianownikiem dla większości z nich są uzależnienia od alkoholu czy narkotyków. Mam nawet przemyślenia na ten temat, którymi często się dzielę w wywiadach. Uważam, że osadzeni z chorobą alkoholową czy narkomani, zanim trafią za kraty i rozpoczną odbywanie kary, powinni odbyć obowiązkową terapię i wyleczyć się z nałogów. Obecnie trafiając za kraty, mają detoks wynikający z izolacji, natomiast problemy, które skłaniają ich do nadużywania alkoholu czy narkotyków pozostają nierozwiązane. Wychodząc z więzienia, niemal od razu wracają do nałogu i w krótkim czasie znów popełniają przestępstwa i wracają za kraty.

Skąd w naszym kraju tak duża liczba recydywistów? W programie rozmawia Pan nawet z wielokrotnymi recydywistami. Czy resocjalizacja działa?

Osadzeni mają tendencję do myślenia o resocjalizacji, jako czymś, co pochodzi z zewnątrz i dzieje się niezależnie od nich. Często słyszę słowa: „resocjalizacja nie działa”. A moim zdaniem powinni zacząć ją od siebie – zrozumieć, że to oni muszą dokonać zmian w sobie i nikt za nich tego nie zrobi. Oczywiście pewnym problemem jest niewystarczająca liczba terapeutów, którzy mogliby regularnie pracować z osadzonymi, a także wieloosobowe cele, w których często zaprzepaszczana jest praca z psychologiem. Natomiast jeśli ktoś nie chce się zmienić, to nawet najlepszy sztab specjalistów nic nie wskóra.

A według Pana? Co Pan sądzi o resocjalizacji w polskich zakładach karnych?

W moim programie pokazuję rzeczywistość zakładu karnego. Czasem są to historie pozytywne, jak Maćka Sz., który zanim jeszcze wyjdzie z więzienia stara się o mieszkanie, pracę i utrzymuje kontakt z bliskimi. Bywają też rozmowy z osobami, które wprost mówią, że więzienie to ich bezpieczna przestrzeń, a na wolności zupełnie sobie nie radzą. Odwróćmy pytanie, czy społeczeństwo jest gotowe by przyjąć osadzonych? Z moich obserwacji i rozmów, w których brałem udział wynika, że niekoniecznie. Podczas debaty, jaką zorganizowaliśmy w ramach zeszłorocznej edycji projektu, padło pytanie do widowni, czy chcielibyście zatrudnić osadzonego. Okazało się, że niewiele osób podniosło rękę w górę. A przecież po odbyciu kary człowiek powinien wracać do społeczeństwa z czystym kontem.

Czy poznał Pan sytuacje, kiedy osadzony nie powinien wyjść na wolność?

Naprawdę trudne rozmowy odbyłem z Danielem, byłym satanistą i nazistą, skazanym za zabójstwo. Chciał wywrzeć na mnie wrażenie, opowiadając ze szczegółami o zbrodni, którą popełnił. To człowiek bardzo pogubiony i chory. Myślę, że Daniel po odbyciu wyroku zostanie skierowany do specjalnego ośrodka, w którym osoby z podobnymi zaburzeniami kontynuują leczenie, by nie zagrażać społeczeństwu.

Czy program Pana zdaniem osiągnie jakiś efekt w postaci poprawy funkcjonowania systemu penitencjarnego? Co Pana zdaniem byłoby dobrym kierunkiem zmian?

Bardzo zależałoby mi na tym, aby w zakładach karnych więcej środków zostało przeznaczonych na terapię dla osadzonych. Częstsze spotkania z psychologiem, dostęp do terapii uzależnień, czy wzorem Holandii – jednoosobowe cele, w których osadzony miałby więcej czasu na samodzielne przemyślenia, mogłyby moim zdaniem podnieść efektywność procesu resocjalizacji. Mam świadomość, że samym programem telewizyjnym nie wywołam takiego efektu. Planuję oczywiście realizację kolejnych projektów o tematyce społecznej, ponieważ wiem, że wprowadzając pewne wątki do telewizji, wywołuję w ludziach refleksję i zmuszam do myślenia na trudne tematy.

RINKE ROOYENS - holenderski producent, reżyser i scenarzysta, twórca programu telewizyjnego "Rinke za kratami"