Marta Jarosz: Dla wielu mężczyzn sport jest sposobem na odpoczynek. A jak odpoczywa taki człowiek jak Pan – zawodowy sportowiec?

Kilka razy w roku wyjeżdżam z rodziną – to taki czas, który wygląda zupełnie inaczej, niż codzienność, więc pozwala wspaniale wypocząć. Kiedy natomiast jesteśmy w domu, odpoczywam, na przykład chodząc do teatru, kina z Kasią – uwielbiam to. Uwielbiam też czytać i czytam bardzo dużo, ale nie mogę powiedzieć, że czytając, odpoczywam, bo zwykle robię podczas treningów aerobowych (śmiech). Jeszcze jedna rzecz, która mnie relaksuje, to wieczorna jazda rowerem po mieście. Zawsze, gdy mam okazję, by to zrobić, korzystam z niej. Ponadto odkąd urodziła się Alisia, czyli od 4 lat, odpoczywam, organizując razem żoną, jej czas. Spędzamy go z nią wspólnie, obserwując, jak nasza córeczka cudnie potrafi chłonąć otaczający ją świat.

Czy jest taki czas, w którym może Pan całkowicie „odpocząć od sportu”? Załóżmy, że wyjeżdża Pan na dwutygodniowy urlop i nie chce wtedy ćwiczyć. Będąc profesjonalistą, ma Pan prawo do czegoś takiego?

Cóż, to może być problem, ale wcale nie, dlatego że mi nie wolno, tylko że jestem chorobliwym przypadkiem – jestem totalnie uzależniony od sportu i zawsze staram się poświęcać mu tyle czasu, ile tylko mogę. Pomijając okresy, w których przygotowuję się do zawodów, też jestem bardzo aktywny. Uprawiam różne dyscypliny. Kocham morza, oceany, więc latem korzystam ze sportów motorowodnych. Zimą jeżdżę na nartach. Myślę, że gdybym z jakiegoś powodu musiał z tego zrezygnować, to byłoby to dla mnie ciężkie Naprawdę jestem bardzo poważnie uzależniony od sportu…

To jest dobre uzależnienie, czy złe?

Wielokrotnie o tym myślałem i w sumie nie można tego jednoznacznie ocenić, bo z jednej strony już samo słowo uzależnienie ma negatywne konotacje, a z drugiej – sport, obok rodziny, jest dla mnie najważniejszą siłą napędową, daje mi spełnienie, satysfakcję. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić tego, co bym się ze mną działo, gdybym nie trenował. Myślę, że nie jestem odosobniony w tych odczuciach – wystarczy spojrzeć na parasportowców. Żeby robić to, co oni, trzeba być uzależnionym i mieć wielką pasję…

Czy Pan ćwiczy każdego dnia?

Tak, w zasadzie tak.

Ile godzin, minut…?

Wszyscy mnie o to pytają, a to, ile się ćwiczy, wcale nie jest najważniejsze, bo ilość czasu spędzanego na treningu nie jest tożsama z tak zwanym zaangażowaniem treningowym. Często jest tak, że ktoś spędza na aktywności 3-4 godziny, a efekt, który osiąga, można by osiągnąć ćwicząc godzinę, tylko inaczej. Wielu zawodników, którymi zaczynam się opiekować, jest zaskoczonych po treningach ze mną, gdy okazuje się, że wcześniej wylewali siódme poty, a osiągnęli tylko 30 – 40 procent tego, co mogą zrobić, gdy są odpowiednio prowadzeni i motywowani. Ich treningi to jednak zupełnie coś innego, niż amatorskie działania. One są blisko granicy kontuzji, ale zawodowcom dają niesamowite efekty.

Czy Pański trening każdego dnia wygląda tak samo?

Oj, nie! To jest dużo bardziej skomplikowane. Kulturystyka, którą się obecnie zajmuję, to rzeźbienie ciała. Żeby je uprawiać, trzeba mieć i umieć wykorzystywać wiedzę z wielu dziedzin: medycyny, fizjologii,genetyki, dietetyki, psychologii sportu etc etc. Transformacja ciała to skomplikowany proces – dużo bardziej skomplikowany, niż na przykład schudnięcie. Żeby „tu i tam” zrobić z mięśniami konkretnie to, co się chce, potrzeba współgrania wielu działań i zróżnicowanych, starannie zaplanowanych treningów.

Czy takie ciało jakie Pan ma, jest dla Pana ideałem, wzorem męskości? Czy może chciałby Pan w nim coś zmienić?

Kiedyś, gdy miałem 17 – 18, zupełnie inaczej patrzyłem na te kwestie. Można powiedzieć, że traktowałem ciało konsumpcyjnie: zależało mi na tym, żeby podobać się dziewczynom, dzięki wyglądowi zyskiwać akceptację społeczną. Dziś mam 42 lata i zupełnie nie zajmuje mnie to, jak wyglądam. Jestem profesjonalnym zawodnikiem. Ciało to moje narzędzie pracy. Moja fizyczność w najmniejszym kawałku sekundy absolutnie nie zaprząta mi głowy, ponieważ ona jest tylko materiałem na zawody. Całe życie wyglądałem mniej więcej tak samo i to w żaden sposób nie jest odzwierciedleniem tego, w jakich relacjach pozostaję z ludźmi – przede wszystkim na płaszczyźnie prywatnej. Zawodowo oczywiście to się liczy, ale gdyby spojrzeć całościowo na moje życie i wygląd, to można powiedzieć, że nie miał on przełożenia na żadne najważniejsze momenty, które przeżywałem.

Uważa Pan, że rozbudowane ciało jest wyznacznikiem męskości?

Nie, jest jedynie wyznacznikiem – jeśli tak można to powiedzieć – pejoratywnych określeń…

Spotyka się Pan z czymś takim?

Tak, nagminnie. Jeśli umięśniony, rozbudowany mężczyzna pojawia się u nas na plaży, może być pewien, że będzie wytkany palcami i obrażany – że mutant, idiota…

Jak Pan myśli, skąd to się bierze?

No, właśnie, skąd..? Stąd, że wielu Polaków jest zawistnych i nietolerancyjnych, że segregujemy ludzi i dążymy do unifikacji. Wszystko, co w jakiś sposób odbiega od normy – jakkolwiek by tę normę rozumieć – nie jest akceptowane. Paradoks polega na tym, że świat, w którym żyjemy, krzyczy o wielkiej tolerancji, a tak naprawdę jest bardzo nietolerancyjny. To daje o sobie znać wszędzie: w polityce, w życiu prywatnym każdego z nas. Tylko niewielka garstka ludzi zauważa, że promuję zdrowy styl życia. Dla nielicznych jestem godnym naśladowania wzorem sportowca, bo skupiają się na krytyce wyglądu.

Mówi Pan, że promuje zdrowy styl życia, ale przecież nie od dziś wiadomo, że zawodowi sportowcy nie cieszą się najlepszym zdrowiem do później starości… Myśli Pan o tym, w jakiej formie będzie za kilkadziesiąt lat?

Staram się racjonalnie podchodzić do swojej pracy i robić wszystko tak, aby nie ryzykować utraty zdrowia. Teraz, na szczęście, są już takie możliwości. Mamy XXI wiek. Sztaby ludzi pracują nad tym, aby sportowcy rozwijali się, ale bez narażania zdrowia i życia. Dziś wszystko można zbadać, oszacować, spróbować przewidzieć. Tu już nie ma miejsca na przypadkowość. Korzystam z tego i mam nadzieję, że takie podejście i działanie pozytywnie zaowocują.

Domyślam się, że Pański wygląd to efekt niewyobrażalnej pracy – zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Mam na myśli choćby konieczność nieustannego bycia na restrykcyjnej diecie. Myśli Pan, że do końca życia będzie robił to wszystko, żeby wyglądać tak jak dziś?

To jest trochę tak, że kiedyś, gdy otwierało się tę puszkę Pandory, nie myślało się o tym, co z tego wyniknie, a że wynikła ogromna miłość, że się to bezgranicznie, idiotycznie kocha, to teraz nic już nie można zrobić (śmiech). Ludzie, którzy mają pasję, będą rozumieli, o czym mówię. To jest jak miłość mężczyzny do kobiety. Kiedy się jej doświadcza, nie myśli się o tym, czy to będzie trwało 5 czy 15 lat.

Mężczyzna, który o siebie dba – jaki to facet Pana zdaniem?

Taki, który ma uporządkowane wszystkie płaszczyzny życia. Nie popada w skrajności. Godzi wiele obszarów działalności. Ma czas i dla rodziny, i na relaks i na pracę.

Wow!, zupełnie się nie spodziewałam tak filozoficznej odpowiedzi! Zapytam więc jeszcze inaczej: jak Pan ocenia faceta, który co tydzień robi sobie manicure w salonie kosmetycznym - dba o siebie, czy jest zniewieściały?

Nie wiem, gdzie zaczyna się zniewieścienie, a kończy dbałość o siebie. Dla każdego to indywidualna sprawa. Nie widzę powodu, dla którego miałbym oceniać czyjeś prywatne życie, wybory, zachowania. Jeśli ta osoba nie szkodzi innym, to ma prawo być tym, kim chce. Jeśli chodzi o kwestie akceptacji, wiele moglibyśmy się nauczyć od Amerykanów – to moja subiektywna opinia.

Wprowadza Pan fitness terror w domu?

Nie, absolutnie nie! Całe życie robię wszystko, żeby nie zatruwać życia najbliższych moją pracą i absolutnie potępiam takie zachowania. Sportowcy, którzy umieją rozmawiać tylko o sporcie, mają wąski światopogląd. Poza tym żona nie byłaby moja żoną, gdym miał z nią rozmawiać o tym, co zrobiłem dziś na treningu.

Ale oboje lubią Państwo aktywność fizyczną?

Tak, oczywiście. Choć, dla laików pewnie paradoksalnie, ja w wielu dyscyplinach jestem bardziej powściągliwy, niż żona.

Co to znaczy?

Ja nie mogę sobie pozwolić na kontuzję, robiąc coś dla relaksu, więc na przykład na nartach na pewno nie zdarzy mi się poganiać żony, czy współzawodniczyć z nią.

Jak często startuje Pan w zawodach i musi temu podporządkować całe życie?

Przed urodzeniem córki startowałem niemal non stop, ale od 4 lat skupiłem się na życiu rodzinnym, bo uważam, że wszystko ma swój czas. Teraz Alikia jest już na tyle duża, a my mamy tak uporządkowane, spokojne życie, że znowu powoli zaczynam przygotowania.Oczywiście dzięki wsparciu mojej ukochanej żony , znowu ruszam do boju!

Co jeszcze chce Pan osiągać?

Ciągle nie mam tytułu mistrza świata w fitness, więc to gdzieś siedzi w mojej głowie, ale tak naprawdę to dopiero teraz zaczynam przygodę z kulturystką i mam nadzieję na sukcesy w tym obszarze – tym bardziej, że jestem w takim wieku, który uznaje się za najlepszy dla ustanawiania rekordów w sportach siłowych.

Tego życzę i dziękuję za rozmowę.

Podziękowania za zorganizowanie spotkania z Marcinem Łopuckim dla Hotelu Słoneczny Zdrój Medical Spa & Wellness w Busku-Zdroju.